Byle do wiosny

Tyle się dzieje, że nawet nie chce mi się o tym pisać, bo czasu brak, i zniechęcenie ogarnia, gdy się o tym wszystkim myśli.
Tato miał operację zaćmy i dwa tygodnie spędził u nas. Koszmarny pacjent, nieposłuszny, nie chce przestrzegać zaleceń lekarzy, na wizycie kontrolnej wykłócał się z panią doktor, aż kobieta życzyła mi cierpliwości, gdy wychodziliśmy i była bardzo współczująca.
Na szczęście mimo braku współpracy ze strony taty, oko działa bardzo dobrze, choć soczewka trochę się przekrzywiła. Odwieźliśmy więc Królika do domu.
Natalka pomaga dziadkom na działce i jest jej przykro, że traktują ją czysto instrumentalnie. Do tego jest przemęczona, jak przyjechała do nas na 3 dni, to się aż popłakała, że nie daje sobie rady. Fakt, że Młoda dopiero od niedawna mieszka osobno, musi urządzić mieszkanie, gotuje obiady, jeździ na działkę, potem przez kilka dni robi przetwory w warzyw i owoców, które dostaje od dziadków. Fajnie, że mieszka z kolegą, bo zupełnie wpadłaby w depresję. Już i tak kolega mówi, że zrobiła się apatyczna, albo ma wybuchy złości z tego przemęczenia. No ale jeszcze kilka tygodni i skończy się pomoc na działce, bo Młoda pójdzie na studia i odpocznie.

Kończy się sierpień, a ja już myślę przyszłym roku, że chyba będzie łatwiejszy, bez przeprowadzek, matury, kończenia studiów, dziadków w domu, no i chyba w tym roku wyczerpaliśmy już limit poważniejszych chorób dla całej rodziny na najbliższą pięciolatkę. ;)
Jak to mówią „byle do wiosny”. :)

A z pozytywów, to mam doniczki z ziołami na parapecie.
Po wakacjach zaszalałam i kupiłam oprócz „zwykłej” bazylii, jeszcze bazylię – krzaczek o bordowych gałązkach i oregano. Oregano mnie zaskoczyło, nie myślałam, że jest taką ładną i sympatyczną roślinką, która ozdobi mi parapet. Przymierzam się jeszcze do zakupu bazylii o drobniusieńkich listkach, która pachnie oszałamiająco oraz doniczki kolendry.

Mieszane uczucia

Natalka się wyprowadziła. Dziś jest taki graniczny dzień, gdy w zasadzie przestała z nami mieszkać.
Z jednej strony cieszę się, bo ona się cieszy, że może być dorosła, mieszkać sama i realizować swoje marzenia. A przecież o to chodzi rodzicom, by ich dzieci były szczęśliwe.
Ale z drugiej strony to mi smutno. Zawsze, jak wracała ze szkoły, to opowiadała mi, co się wydarzyło. Jak chciałam się wygadać, to do niej szłam. Jak trzeba było zrobić burzę mózgów, to oczywiście z Natalką, bo zawsze wyszło z tego coś sensownego. Jak była jakaś awaria, spieszyłam się i na chybcika trzeba było coś zapakować, przygotować, to Natalka zrobiła to równie profesjonalnie jak ja. I jeszcze z Gabrysią porozmawiała i z Bossem miała wspólny język. A z Kicią to się bardzo kochały. No i oczywiście dalej się kochają, ale teraz Natalka będzie rzadziej w domu… i wszyscy już tęsknią za nią.

Torebka

Kicia jest bardzo inteligentnym kotem. Sama wyszukuje sobie zabawki, przywiązuje się do nich i bawi kilka dni tą samą. Nawet na noc zabiera ulubioną zabawkę do legowiska lub zanosi ją w prezencie Bossowi na jego część łóżka. Po kilku dniach zabawka jest oczywiście totalnie zużyta, ale ile z niej frajdy. :)

Poszukiwania zabawek wkraczają czasem w zakazane rejony.
Natalka: Mamo, Kicia grzebie w mojej torebce.
Kot: Dziewczynki tak lubią.
N.: Ale to moja torebka a nie jej!
K.: Niestety Kicia nie ma własnej torebki, to musi w twojej. :(

Natalka ma dobre serce, więc zrobiło jej się żal dziewczynki, która nie ma torebki. Zaraz znalazła sporą papierową, ładną torbę, wsadziła tam kocią zabawkę, coś szeleszczącego, i zaprosiła Kicię do zabawy.

~~~~~~
Byłam wczoraj u gastrologa. Umówiłam się na kolonoskopię we wtorek, ale chyba nic z tego nie wyjdzie, bo w międzyczasie złapałam „coś”. Kaszlę paskudnie i jestem cała rozbita.
Bardzo mnie to stresuje. Wykupiłam pakiet z kolonoskopią ważny dwa miesiące i chciałabym zdążyć go wykorzystać. W dodatku przesuwanie kolonoskopii wiąże się z tym, że przez kolejne dni nie będę łykała żelaza i będę na diecie, a czuję się coraz gorzej w związku z anemią. Dodatkowo mam problemy ginekologiczne, więc nie jest łatwo ustalić termin badania, żeby wszystko pasowało.

Luty

Miałam nadzieję na pozytywny luty, ale niestety tak bardzo pogorszyło mi się z jelitem, że aż wystraszyłam rodzinę i siebie samą.
Rozważam zrobienie kolonoskopii.
Póki co odstawiłam żelazo. To tyle, jeśli idzie o leczenie anemii. ;)
Do żelaza wrócę, jak mi się poprawi. I oczywiście będzie to biofer folic, który mi nie szkodzi, a nie lek polecony przez hematologa.

Radykalnie ograniczyłam kontakty z Krówką. Ostatnie choroby tak mi dały popalić, że uświadomiłam sobie bezsens straty energii na rozmowy z nią. Oczywiście, jak jest coś ważnego, to poświecę jej 3 minuty przez telefon, ale tyle wystarczy. Wiem, że głupio to zabrzmi, ale jest ona paskudnym wampirem energetycznym, po każdej rozmowie z nią jestem zmęczona i tracę chęć do wszystkiego.
Królik będzie miał w Warszawie operowaną zaćmę w jednym oku. Pilotuję to, więc jest to jedna z przyczyn, dla których czasem muszę skontaktować się z rodzicami.
O Służbie Zdrowia nic nie napiszę. Wszyscy wiedzą, jakie są kolejki do specjalistów, jakie jest podejście do pacjentów… Jak do tego dodać, że z silną anemią musiałam jechać do szpitala, żeby zawieźć wyniki badań ojca i ustalić termin operacji, i spędziłam sześć godzin poza domem (cztery w szpitalu, dwie w autobusach), to jest to niezbity dowód na to, że koty są twarde. ;)
Wykupienie recept na leki przygotowujące do operacji też było problematyczne, bo jednego leku nie ma nawet w hurtowniach, ale po zwiedzeniu trzech aptek poszłam po rozum do głowy i chwyciłam za telefon. Potem już tylko trzeba było dotrzeć do apteki, która na szczęście miała lekarstwa.